Rafting in Ukraine

RAFTING in UKRAINE

Adventurous Rafting in Ukraine
Rzeka Dniestr

Z nieopublikowanych wspomnień Ewy Dzieduszyckiej z Koziebrodzkich, rok 1932

Gdy wszyscy rozjechali się pod koniec wajakcji, mogłam wreszcie urzeczywistnić marzenie, niespełnione przez wiele lat, czyli wycieczkę łodzią, przez słynny Jar Dniestrzański do Zaleszczyk. Zaczyna się w Jezupolu. Przez trzy dni płynie się między dwiema ścianami pokrytymi lasem, od czasu do czasu jakiś strumień spada wodospadem, ze stromej skały. Jedzie się zupełnie dziką, niezamieszkałą okolicą, tylko tysiące rozmaitego ptactwa wodnego podrywa się z wody i ożywia bezludne brzegi Dniestru. Wycieczkę tę mogłam zrobić najwyżej w dwie lub trzy osoby, bowiem łódka była mała, a podróż zajmowała trzy dni, niewygodnie więc było ciągnąć w niej większe towarzystwo.

Rzeka DniestrWybrałam się więc tylko z Romkiem i jego starszym bratem Józkiem (Kwiatkowskimi, kolegami mojego syna Tunia), który jako harcerz przywiózł ogromny namiot, niezbędny na tym pustkowiu. Chłopcy cały czas niezmordowanie wiosłowali. Pomagałam im trochę, ale bardziej podziwiałam niezwykłe, wciąż zmieniające się krajobrazy. Rzeka wiła się , robiąc tak ostre zakręty, że nieraz miało się prostopadłą ścianę przed sobą i dopiero dopłynąwszy do niej, trzeba było nagle skręcić, by znów mieć wrażenie, że płynie się po jakimś górskim jeziorze. Nadbrzeżne skały miały fantastyczne barwy. Raz płynęliśmy obok zupełnie żółtej ściany, ze spływającą po niej kryształową wodą strumyka. Zatrzymujemy się przy niej i konstatujemy, że ściana ta jest z marmuru, o żółtawej barwie, z białym unerwieniem. Wyglądała wprost fantastycznie.

Z aprowizacją nie mieliśmy wielkiego kłopotu, bowiem oprócz wiktuałów zabranych z domu, mieliśmy z sobą pomysłowego rybaka, którym był Romek. Po prostu głuszył ryby, rzucając kamieniem o kamień. Przerażone hukiem – dawały się łatwo łapać. A jak smakowały nam smażone na patelni – tego żadne słowo nie opisze.

Niestety, wszystko na świecie się kończy. Strome, wysokie, zalesione ściany obniżyły się, aż zostały w tyle za nami. Dopływaliśmy powoli do Zaleszczyk, gdzie trzeba już było wysiadać. Łódkę sprzedałam na miejscu jakiemuś amatorowi, żeby nie mieć z nią kłopotu. Wracaliśmy do domu koleją, ale jeszcze wcześniej uraczyliśmy się słynnymi zaleszczyckimi morelami. Słodkie, jak miód, rozpływały się wprost w ustach. Pycha.